beznadzieja
beznadzieja
pokój ma dziś kolor spoconego prześcieradła,
na podłodze leży rzucona w złości lawenda,
jeszcze walczy, jeszcze wabi niechcianym zapachem,
w radiu mówią o kolejnych bzdurnych celebrytkach,
a ja uczę się nie klękać przed twoim wspomnieniem.
zegary synchronicznie mamroczą coś w ciemnościach,
monotonnemu tik tak wtóruje jesienny deszcz,
nad moim nosem buja się zabłąkany pająk,
jak metronom odmierza dawno zapomniany rytm,
a ja plecami odwracam się do gasnących marzeń.
w nicości, która nastała po cichnących krokach,
zostało tylko gęste, chłodne od łez, powietrze,
drżące jeszcze przez chwilę w takt bijącego serca,
moja dłoń wreszcie przestała nerwowo dotykać
pustego od zawsze miejsca po lewej stronie łóżka.

